'

Najczęściej oglądane

Vincent van Gogh

> Postacie autentyczne >      Vincent van Gogh

Z kilkudziesięciu autoportretów, jakie Vincent van Gogh z pasją tworzył w różnych etapach swojego życia, ten jeden jest najbardziej znany. Po ponad stu latach od jego powstania nadal możemy spoglądać na mizerną twarz mężczyzny, z zabandażowanym prawym uchem i fajką w ustach. Po dziś dzień, grubo nałożone warstwy farby emanują żywym kolorem. Czerwień tła, błękit czapki oraz zieleń płaszcza, zieleń charakterystyczna dla absyntu…

 
Koleje losu van Gogha układają się w typową opowieść, jaką snuć można o wielu innych, wielkich artystach. Niedoceniany za życia, skazany na niezrozumienie otoczenia, ochrzczony mianem wariata, wielokrotnie cierpiący z powodu ubóstwa oraz miłosnych rozczarowań, dopiero po śmierci zyskał należne uznanie. Nieokreślona siła, która kazała mu porzucić funkcję ewangelickiego kaznodziei na rzecz doskonalenia techniki rysunku, własna determinacja, jak i nieustanna pomoc młodszego brata, przyczyniły się do ujawnienia niewątpliwego talentu Holendra.

Nic tak nie zaważyło na twórczym rozwoju van Gogha jak wyjazd do Paryża. Stolica Francji, przyciągająca w drugiej połowie XIX wieku natchnione dusze z całej Europy, zachwyciła go nowatorskim stylem impresjonistów, oraz mocnym smakiem absyntu. Co ciekawe, jedno i drugie odkrycie dodało skrzydeł jego malarskiej pasji. Wysokoprocentowy trunek skutecznie pobudzał umysł artysty do produkowania wrażeń, oraz do podejmowania prób przenoszenia owych ulotnych impresji na płótno, drogą eksperymentów ze światłem, kolorem oraz sposobem nakładania farb.

Irving Stone, amerykański pisarz, w niezwykle barwnej powieści opartej na wątkach biograficznych z życia van Gogha, pokazuje, iż tym który zachęcił Holendra do posmakowania zielonego alkoholu był Paul Gauguin. Pochodzący z Bretanii malarz, z pomocą kilku kieliszków absyntu, wpoił Vincentowi przekonanie, iż jest to „jedyny trunek godny artysty”. Zresztą panowie nie pozostawali odosobnieni w swoim twierdzeniu. Wydaje się, że podobne zdanie podzielali Henri Toulouse-Lautrec, Georges Seurat, czy Cézanne. W ciągu dwuletniego pobytu w paryskiej metropolii, van Gogh niejednokrotnie miał okazję uczestniczyć w ożywionych dyskusjach zwolenników sztuki nowoczesnej, jakie prowadzono przy butelce Zielonej Wróżki w kawiarni Madame Bataille.

Jak bardzo absynt potrafił pobudzić zmysły malarza, wiedzieli ci, którym przyszło z nim mieszkać. Najpierw brat Theo, później Gauguin zmagali się z jego częstymi atakami i burzliwymi nastrojami. Mieszkańcy prowansalskiego miasteczka, gdzie Vincent przeniósł się z Paryża w poszukiwaniu lepszego światła, nie mówili o nim inaczej, jak tylko „rudy wariat”. Pasja tworzenia, determinacja ciągłego samodoskonalenia malarskiego warsztatu, a w pewnym stopniu także wysokoprocentowy napój, dawały artyście siły by w Arles poświęcać się pracy od świtu do zmroku. Jednocześnie czyniły go coraz bardziej upośledzonym w kontaktach z innymi, o czym przekonał się Paul Gauguin godząc się dzielić dom i pracownię z przyjacielem. Możemy dziś tylko wyobrażać sobie jak zaciekle spierały się te dwie silne, świadome swego talentu, indywidualności, dodatkowo wzmocnione energią płynącą z absyntu. Jedna z takich kłótni okazała się kluczowa dla dalszych losów holenderskiego malarza. Na zawsze pozbawił się nie tylko ucha, odcinając je ostrą brzytwą, kompana w osobie Gauguina, a przede wszystkim możliwości kontynuowania najbardziej twórczego okresu swego życia. Okresu, w którym kwintesencję swojego niepowtarzalnego stylu zdołał zamknąć w obrazie najsławniejszych i najdroższych słoneczników świata.

Wybierz stronę

Content