Najczęściej oglądane
Mechaniczna Pomarańcza
Mechaniczna pomarańcza (A Clockwork Orange) reż. Stanley Kubric
Jeśliby policzyć wszystkie słynne bary na świecie, których atmosferę choć raz w życiu chciałby poczuć każdy nie stroniący od alkoholu osobnik, stanęlibyśmy przed nie lada wyborem. Bogata oferta wymyślnych drinków, osobliwy wystrój wnętrza, obecność niesamowitych gości, a niekiedy nawet osobowość czy raczej przyjemna aparycja barmana sprawiają, że dane miejsce przyciąga ludzi niczym magnes. Jednak po obejrzeniu Mechanicznej pomarańczy łatwo przyznać, że nawet najbardziej kultowy punkt na towarzyskiej mapie nie może konkurować z tym, co oferuje pojawiający się kilkakrotnie w filmie Stanleya Kubricka Bar Mleczny Korowa.
Wbrew temu co podpowiada nam nasze osobiste kulinarne doświadczenie, nie jest to miejsce, w którym tanio i smacznie skonsumujemy pierogi ruskie czy naleśniki z serem. Takie wyobrażenie burzy pierwsza scena filmu, ukazująca osobliwe wnętrze Korowy wraz z jej bywalcami, młodzieżową bandą dowodzoną przez niepokornego Alexa.
Z połączenia wyobraźni Anthony'ego Burgessa, autora literackiego pierwowzoru, oraz pomysłowości ekscentrycznego reżysera, powstało miejsce zupełnie wyjątkowe. Bo jak inaczej określić bar o czarnych ścianach i podłodze, w którym rolę stolików pełnią wygięte w obscenicznej pozie rzeźby nagich kobiet? Trupio blade manekiny o kolorowych, bujnych perukach, bezwstydnie prezentujące żeńskie przymioty sprawdzają się także w funkcji automatów. Wystarczy wydobyć z podajnika wysoką, smukłą szklankę, wrzucić monetę, pociągnąć za gałkę, a z kształtnej, lecz gipsowej piersi wypływa strumień mleka z „dodatkiem”. Nic więc dziwnego, że większość bywalców Korowy to mężczyźni, nastoletni bandyci, gardzący społecznym ładem w imię przemocy.
Specyfik, który przyciąga ich do baru, tylko kolorem i konsystencją przypomina zdrowy, bogaty w wapń napitek. W przerażająco-groteskowej rzeczywistości Mechanicznej pomarańczy mleczny napój zamienia się w środek odurzający dzięki takim „wzmacniaczom” jak: vellocet, syntemesc, czy drencrom. Nazwy, wypisane fantazyjną białą czcionką, pod którymi kryją się owe tajemnicze substancje, stanowią jedyną ozdobę ciemnych ścian baru. O ile skład osobliwego koktajlu pozostaje zagadką, jego działanie jest jawne. Główny bohater i narrator w jednej osobie określa je za pomocą dość dosadnej metafory: „Mleko z żyletami w środku, co człowieka naostrzy”. Nic dodać, nic ująć.
Jeśliby szukać najdziwniejszego baru spośród tych, jakie zaistniały na srebrnym ekranie, wybór byłby prosty. Ot, Bar Mleczny Korowa.





